niedziela, 19 października 2014

Olejki eteryczne w kosmetyczce [przepisy czytelniczek]

Dzisiaj powitała nas piękna słoneczna niedziela, kolejna pokusa by porzucić obowiązki i udać się na małe leniuchowanie na dworze - póki jeszcze można - ale post musi być. Dziś więc pachnący wpis o olejkach w kosmetyczce, którego pomysły pochodzą od nagrodzonych w ostatnim konkursie z firmą Etja


Pierwszy z pomysłów nadesłała Natalia z bloga kurcz4q.blogspot.com. Jej pomysłem było stworzenie tropikalnych perfum, ale tym razem w kremie, co bardzo mnie zaciekawiło, bo lubię tego typu wynalazki :). 
Dodatkowa prostota pomysłu sprawiła, że uznałam przepis za fenomenalny do przekazania czytelniczkom, bo możecie wykonać je z dostępnych u Was i ulubionych zapachów olejków eterycznych i zapachowych, bez konieczności zakupu dodatkowych.  


Poza dwoma wybranymi olejkami eterycznymi Natalia proponuje stworzenie perfum na bazie oleju kokosowego, który jak wiemy ma stałą konsystencję w niższych temperaturach. Z mojej strony polecam opcjonalne dodanie wazeliny lub gliceryny stałej w proporcji 1/1 z olejem kokosowym, co na dłużej zatrzyma masłowatą konsystencję. 
Aby cieszyć się perfumami w kremie całość po rozpuszczeniu w kąpieli wodnej dobrze jest zamknąć w szczelnym opakowaniu. 

Produkty potrzebne do stworzenia tropikalnych perfum w kremie


Pomysł Izy z bloga zakrecone-kolko.blogspot.com jest już nieco bardziej skomplikowany, a poszczególne składniki pełnią określone działanie, które Iza opisała w odpowiedzi konkursowej. 
Olejowe serum do twarzy według przepisu Izy składa się z:
  • oleju z dzikiej róży - zawiera dużo wit. A i C, nadaje się do cery wrażliwej, naczynkowej, ma łagodzić podrażnienia,
  • oleju z pestek malin - który przede wszystkim ma wspomagać ochronę przed promieniowaniem UVA i UVB,
  • oleju z wiesiołka - ma działanie przeciwzapalne, łagodzi swędzenie,
  • olejku eterycznego o zapachu cyprysowym - który doda "pazura" jeśli chodzi o zapach serum, a dodatkowo wspomaga leczenie pękających naczynek.

Taką mieszankę olejową, po dodaniu oleju rycynowego w odpowiednich dla Waszej skóry proporcjach, możecie swobodnie zastosować także w codziennym OCM. 
Przepis na serum jest naprawdę ambitny, ale ilości wszystkich składników i ich dokładne proporcje możecie dobrać według własnych preferencji i planowanego działania, pamiętając aby ostatni (zapachowy) był w ilości tylko kilku kropel. 
Uprzedzając Wasze pytania polecałabym przetrzymywanie takiego serum w niewielkiej butelce z ciemnego szkła w chłodnym miejscu, bo wymagają tego chociażby oleje z dzikiej róży czy wiesiołka, które nie są odporne na działanie wysokich temperatur. 

Produkty potrzebne do stworzenia olejowego serum Izy 

Jestem ciekawa Waszych opinii na temat pomysłów Izy i Natalii, a może same wykonywałyście już podobne produkty i możecie podzielić się doświadczeniem?:)

Dajcie koniecznie znać! Udanej niedzieli :)

Linki:
Blogi dziewczyn: Izy i Natalii

piątek, 17 października 2014

Seboradin dla blondynek?


Przyznam się szczerze, że ostatni czas nie był u mnie zbyt intensywny jeśli chodzi o pielęgnację włosów., zdecydowanie przodowała walka z trądzikiem, o której nie mogę się doczekać aby Wam opowiedzieć :). 
Tak czy siak nawiązując do włosów to początkiem października zdecydowałam się na niewielkie podcięcie fryzury, która jakoś nie chciała się układać. Większość miesiąca stosowałam zestaw Seboradin Jasne Włosy, o którym mówiłam Wam przy okazji konkursu z marką Seboradin. 

Zanim przystąpicie do czytania mojej opinii musicie wiedzieć, że do tej pory szalałam na punkcie Seboradinów, szczególnie ampułek z wersji przeciw wypadaniu i może to dlatego taką a nie inną opinię wywołał u mnie pełen zestaw przeznaczony do włosów blond. 

Cena: 18,50zł / 22zł
Dostępność: Głównie w aptekach, także internetowo, min. na stronie producenta [link]
Wskazania: Do codziennej pielęgnacji włosów jasnych

Najczęściej z całej trójcy sięgałam zdecydowanie po szampon. Intensywny kolor przyciągał uwagę na kosmetycznej półce, a mała butelka sprawiała, że łatwo było mi zabrać go na weekend czy inny wyjazd. 
Jak wszystkie produkty Seboradin tak i wersja z rumiankiem i naftą na pierwszy rzut oka nie powalała składem. Jednak w przypadku tych kosmetyków, zamykam oczy i ... nie patrzę :) Wierząc, że silne detergenty pomogą we wchłanianiu się substancji odżywczych maski, czy w tym przypadku balsamu, a później lotionu.
Pomimo wielkiego zaufania do marki to akurat ten szampon spisywał się po prostu dobrze. Mam tu na myśli fakt, że zwyczajnie domywał włosy bez względu na ich olejowanie czy też jego brak. Przy jego stosowaniu nie zauważyłam specjalnego nabłyszczenia włosów, ani też przedłużenia świeżości jakiego doznaję zazwyczaj po zastosowaniu szamponu z silniejszym detergentem, a tym bardziej alkoholem, którego w tej serii Seboradinu spotkać można w postaci azulenu (alkoholowego wyciągu z rumianku).
Tym bardziej cieszę się, że nie podrażnił skóry głowy, która wręcz przeciwnie była z niego zadowolona, w przeciwieństwie do.... mojego nosa ;)
Jego największym minusem (jak i pozostałej części serii) był zapach. Dla mnie odrażająco mydlany, który sprawiał, że chciałam myć włosy jak najrzadziej i właściwie to... tak też było.

Cena: 18,50zł / 20zł
Dostępność: Głównie w aptekach, także internetowo, min. na stronie producenta [link]
Wskazania: Do codziennej pielęgnacji włosów jasnych

Tak jak i szampon tak i balsam Seboradin Jasne Włosy to produkt zamknięty w typowym dla marki opakowaniu - przezroczystym, dość solidnym i nieco twardym. 
Polubiłam gęstość balsamu, który nie spływa z włosów jak większość typowych odżywek, a więc był także dość wydajny, właściwie to jeszcze nie udało mi się go wykończyć. 
Pomijając już wspomniany mydlany zapach serii to balsam dość dobrze nawilżał włosy zarówno stosowany pod czepek jak i na 2 minuty podczas mycia. Nie powodował ich szybkiego przetłuszczania, chociaż unikałam stosowania go u nasady włosów. Poza tym dość poprawnie wygładzał włosy i ułatwiał rozczesywanie po myciu. 

Cena: 18,50zł / 20zł
Dostępność: Głównie w aptekach, także internetowo, min. na stronie producenta [link]
Wskazania: Do codziennej pielęgnacji włosów jasnych, skłonnych do wypadania

Niezmiernie się cieszę, że miałam okazję wykorzystać lotion, do którego zakupu przymierzałam się już od dłuższego czasu. Wodnista konsystencja nie była w tym wypadku problemem ze względu na bardzo poręczne opakowanie, które wykorzystam pewnie do innych wcierek samorobionych. 
W ciągu ostatniego miesiąca tylko on gościł na mojej skórze głowy i z radością stwierdzam, że prawdopodobnie to właśnie temu lotionowi zawdzięczam wstrzymanie początkowej fazy jesiennego wypadania włosów, które (odpukać) w tym roku przeszło bardzo bardzo łagodnie. 

Tak jak w przypadku szamponu i balsamu nie zauważyłam wpływu na kolor włosów, prawdopodobnie dlatego, że jest to naturalny i przez to dość chłodny odcień nie potrzebujący - znanego farbowanym - dodatkowego oziębiania
Lotion jest dwufazowy, więc przed użyciem należy go wstrząsnąć. Tak jak cała seria zawiera naftę kosmetyczną, azulen, olejek sosnowy i D-limonen, ale jego skład jest zaskakująco krótki. 


Podsumowując całą miesięczną kurację Seboradin Jasne Włosy mogę powiedzieć, że cieszę się, że mogłam ją przetestować przy kontynuacji współpracy z marką, jednak sama prawdopodobnie nie wrócę do szamponu czy balsamu, które akurat u mnie nie wywołały efektu wow, jakiego oczekiwałabym przy cenie typowej dla produktów Seboradin.  Pewnie lepiej spiszą się u farbowanych blondynek, które na co dzień potrzebują delikatnego ochłodzenia koloru i obok potrzeby zmniejszenia wypadania włosów może to być priorytetem wśród poszukiwań ulubionych kosmetyków. W pełni jestem zadowolona za to z lotionu, który pomimo moich obaw, nie powodował skrócenia świeżości włosów przy stosowaniu po myciu, a co więcej pozytywnie wpłynął na zatrzymanie jesiennego wypadania włosów i wzmocnienie cebulek. 

W Internecie niezbyt dużo o tej akurat serii więc jestem ciekawa czy poza nagrodzonymi w konkursie i Wy miałyście okazję stosować tą serię marki Seboradin i jaka jest Wasza opinia na jej temat? 

Dajcie koniecznie znać!:)

Linki:

czwartek, 25 września 2014

Odkrycia kosmetyczne (2) - Znów bio, tym razem Dr BIO - dwie zachęcające bomby emolientowe

Cześć dziewczyny!
Nie wiem czy pamiętacie - ostatni wpis o odkryciach kosmetycznych prezentował trzy niemieckie szampony Neobio, które sprawdziły się u mnie fenomenalnie - świetnie się pieniły, były wydajne, przyjemnie pachniały i miały naprawdę dobre składy [recenzja szamponu bambusowego]. 

Dla odmiany dziś będzie o maskach, kolejnej serii producenta Pierwoje Reshenie. Z wielkim zaskoczeniem zauważam, że nie ma tutaj tak częstego Aqua with infusions of i od razu zamawiam.

 
Dostępność i cena: Głównie dostępne przez internet
Ecodrogeria:  [maska na noc] [maska regeneracyjna] 19zł
Bioarp: [maska na noc] [maska regeneracyjna] 20zł
Lawendowa szafa: [maska na noc] [maska regeneracyjna] 20zł

Składy: 
One są naprawdę bajkowe, każda z masek ma swoje cztery olejki, przy czym za główny w wersji brązowej uchodzi makadamia, a w pomarańczowej arganowy. To główna przyczyna dla której zdecydowałam się na wersję na noc, po prostu z makadamią lubię się lepiej. 
Oleje nie występują po żadnym woda z ekstraktami, ale legalnie, w rządku jak na zawołanie zaraz po wodzie, co może powodować, że konsystencja masek będzie dość wodnista. 
Poza tym po jednym ekstrakcie, w wersji na noc ekstrakt z dzikiej mięty, w pomarańczowej z drzewa balsamowego.

Maski nie zawierają silikonów, PEGÓW ani parafiny, co także się chwali. Mam wrażenie, że po tak dużej ilości emolientów silikonów potrzebować już nie będziemy. 
Pełne składy: [maska na noc] [maska regeneracyjna]

Producent: W przypadku maski brązowej producent zaleca przetrzymanie jej przez całą noc pod czepkiem lub ręcznikiem, w przypadku regenerującej spłukać po 2-3 minutach. 


Poza maskami seria Dr BIO ma w swoim zapasie jeszcze szampony, kremy do włosów i twarzy, balsamy i ich też jestem bardzo ciekawa, ale na razie zatrzymuję się tutaj i z zaciekawieniem pytam Was czy widziałyście je wcześniej?





wtorek, 23 września 2014

Profesjonalnie, czyli zabieg Joico K-Pak w domu [Niedziela dla włosów]

Cześć dziewczyny! 
Nie wiem czy pamiętacie moją przygodę z zabiegiem Joico K-PAK w salonie Piotra Jesionkiewicza, ale ja wspominam ją bardzo dobrze. Po zabiegu włosy były naprawdę odżywione, przyjemne w dotyku, a ultra-prosty kształt fryzury, który prawdę mówiąc nie do końca mi odpowiadał (utrata objętości), zniknął po kolejnym myciu. 

Odpowiadając na pytania dotyczące efektów samego zabiegu Joico mogę stwierdzić, że suma summarum całkowita śliskość włosów utrzymała się po zabiegu przez około 2 tygodnie, później delikatnie osłabła, ale elektryzowanie zostało zniwelowane do zera przynajmniej aż do końca zimy. Zabieg nie wpłynął na ułatwienie rozczesywania włosów (a taką miałam nadzieję! :)). Myślę, że gdybym chciała utrzymać efekt przez cały rok potrzebne byłyby przynajmniej 4 zabiegi w ciągu tego czasu. 


Dziś, przy okazji niedzielnego SPA, zdecydowałam się na powtórzenie zabiegu Joico, tym razem w domowych warunkach. Jak być może niektóre z Was pamiętają, zabieg składa się z czterech etapów, mnie najbardziej zależało na powtórzeniu nawilżenia, jakie uzyskałam w salonie, tak więc do mojego domowego SPA wybrałam tylko dwa z czterech produktów Joico odpowiedzialne za dogłębne nawilżenie. Pozostałe dwa zastąpiłam tymi dostępnymi w łazience: 
  • Oczyszczanie: Joanna Naturia Mak i Bawełna - moja wysoko emolientowa pielęgnacja (częste olejowanie włosów) wymagała oczyszczenia dwukrotnego; w profesjonalnym zabiegu ten etap zastępuje Clarifying Shampoo
  • Odżywienie: L`Oreal, Elseve Arginine Resist x3 - odżywka posiada aminokwasy: arginina, keratyna, IPA; w profesjonalnym zabiegu ten etap zastępuje Cuticle Sealer Joico K-Pak
  • Rekonstrukcja: Joico K-Pak Deep Penetrating Reconstructor - maska zawiera 19 odbudowujących aminokwasów, uzupełnia ubytki, wzmacnia, regeneruje; PH 4.5-5.5
  • Nawilżenie i domknięcie łusek: Joico K-Pak Intense Hydrator - kwaśne PH na poziomie 3.5 wygładza łuski włosa, sprzyja zachowaniu wody w ich wnętrzu, poprawia nawilżenie, elastyczność
Szampon Joanny jak zawsze doskonale spisał się w punkcie dogłębnego oczyszczania, aż do osiągnięcia efektu skrzypiących włosów. Jeśli nie jesteście fankami podwójnego mycia włosów, możecie przytrzymać spieniony produkt na włosach przez około 3-4 minuty, efekt oczyszczenia będzie podobny.
Włosy umyłam w delikatnie cieplejszej niż zwykle wodzie, aby umożliwić kolejnym produktom głębszą penetrację włosa. Zarówno odżywkę L'oreal jak i produkty JOICO nakładałam po wypłukaniu włosów i odsączeniu ich z nadmiaru wody (aby nie dopuścić do spływania i rozcieńczenia produktów). 



Jeśli chodzi o same produkty Joico to tak jak już Wam wspominałam po moim pierwszym zabiegu poraża mnie ich fenomenalny zapach, którego jestem ogromną fanką. Mogłabym mieć jeden z produktów z serii tylko po to żeby się nim aromatyzować ;). Reconstructor jest rzadszy od swojego następcy Hydratora, którego kosnystencja jest bardziej kremowa.

Rekonstrukcja Joico opiera się na aminokwasach, a więc proteinach, czego głównym potwierdzeniem jest właśnie Joico K-Pak Deep Penetrating Reconstructor. Pozostawienie włosów po tym etpie, bez odpowiedniego nawilżenia i domknięcia łusek może spowodować, że włosy wcale nie będą odpowiednio nawilżone, jak obiecuje producent, a wręcz przeciwnie. Końcówki mogą się wywijać, czasem odstawać od całej fryzury przypominając choinkę, przedstawiając efekt typowego przeproteinowania włosów. 
Hydrator jest tym co wykańcza zabieg niezależnie od tego czy wykonujemy go w domu, czy w salonie. Tak jak wspomniałam lekko obniża PH całego zabiegu, do poziomu 3.5 powodując tym samym, że łuski stają się domknięte, a woda wewnątrz włosa zatrzymana. 

Całość niedzieli dla włosów zajęła mi nie dłużej niż 20 minut, plus czas potrzebny na wyschnięcie włosów, a efekty po rozczesaniu włosów Tangle Teezer możecie zobaczyć niżej :)


Efekty domowego zabiegu były w dotyku niemal identyczne jak po salonowej pielęgnacji - włosy są bardziej śliskie, nawilżone, gładsze. Oczywiście sama nie mogę zafundować sobie tak przyjemnego masażu skóry głowy, ani bajecznej stylizacji z salonu, ale myślę, że warto spróbować :).

Wykonanie zabiegu Joico w domowych warunkach pozwoliło mi stwierdzić, że za ultra proste końcówki i utrata objętości po zabiegu w salonie był odpowiedzialny nie sam zabieg, a stylizacja na płaskiej szczotce. No i zapach... nie mogę się nawąchać moich włosów!:)

Linki:

poniedziałek, 22 września 2014

Fryzury: Kok na cztery sposoby

Cześć dziewczyny!
Dzisiaj mam dla Was szybki wpis z dużą ilością zdjęć i instruktaży dotyczących... koków :) 
Od kiedy zaczęłam zapuszczać włosy jest to jedna z moich ulubionych fryzur, która sprawdza się nawet przy największym upale, często ratuje z opresji, ale nie musi być nudna. 

Pierwszy kok jaki pokazałam Wam na blogu (w 2012 roku) był wymysłem skarpetkowym, niedaleko później po raz kolejny na ulice wkroczyła moda na wysokie i pełne objętości antenki, mniej lub bardziej rozwichrzone cebulki, donuty i inne kokowe wypełniacze, do tamtego wpisu możecie wrócić tutaj: [kok skarpetkowy].


Do przygotowania dzisiejszych propozycji możecie użyć kilku prostych akcesoriów:
  • Niezbędna będzie oczywiście szczotka, ja wybrałam TT ponieważ akurat był pod ręką, ale wybierzcie taką szczotkę jaką akurat Wam jest najłatwiej operować, a która dokładnie rozczesuje włosy, zwłaszcza jeśli chciałybyście aby Wasza fryzura była bardziej... elegancka.
  • Aby nadać objętości nawet najcieńszym włosom przyda się donut (oryginalny wypełniacz do koka), mój jest z inter-vion i jest to donut średniej grubości, stacjonarnie możecie spotkać identyczne np. w h&m'ach.
    Jeśli nie chcecie inwestować w taki wypełniacz spróbujcie nawinąć włosy na bardzo grubą frotkę, welurową gumkę, albo wypróbować wcześniej omówioną metodę ze skarpetką ;).
  • Przy włosach krótkich, lubiących wypadać warto wyposażyć się we wsuwki, sama jeśli już wybieram te szersze, które mogę wbić do wnętrza koka, są mniej widoczne i moim zdaniem lepiej trzymają włosy
  • W zależności od wersji koka jaką wybierzecie mogą przydać się też zwykłe gumki, te ze zdjęcia to kolorowe twistbandy, ale tak naprawdę zdadzą się każde inne, które nie wplątują się we włosy :)

Messy bun: Pierwsza propozycja to coś całkowicie banalnego, co pewnie każda z Was robi lub kiedyś robiła. Dla mnie to fryzura typowo szkolna, do której nawet nie potrzebne są nawet gumki - często przytrzymywana ołówkiem ;) 
Ma swoje plusy, bo jest łatwa i szybka w wykonaniu, ale i minusy w postaci braku objętości koczka i częstej zmiany swojego położenia, małej stabilności. 



Donut bun: Ten typ koka to ratunek dla naprawdę cieniutkich lub niezbyt długich włosów, które w pierwszej wersji wyglądają mizernie :). Mój kok powstał na wypełniaczu jednak nie robię sposobem jaki pokazuje większość instruktarzy na YT, a raczej tak jak w przypadku skarpetkowego koka. Bardzo lubię tą wersję fryzury ponieważ jest nieco bardziej lekka i bardziej naturalna niż typowy ballet bun. Dobrze zwinięty kok umożliwia także całkowitą rezygnację ze wsuwek :)





Braided socks ban: Wersja nieco bardziej urozmaicona, bo w roli gumki pojawia się warkocz. Dzięki wypełnieniu w postaci donuta, skarpety lub grubej frotki nie tracimy objętości. Sposób nie wymaga dużych umiejętności, ale jeśli nie potraficie robić dobierańca, może być nieco trudniej. Tak czy siak metodą prób i błędów na pewno w końcu Wam się uda. Mnie ten sposób bardzo przypadł do gustu!:)



French braid socks bun: Ostatnia z wersji koka jest najbardziej zaawansowaną, aczkolwiek - ciekawą, całkowicie wychodzącą poza granice nudy :). Nauka tego odwróconego francuza zajęła mi najdłużej, ale wreszcie - udało się, chociaż przyznam Wam szczerze, że czasem wychodzi mi to lepiej. Bardzo polecam Wam poniższy instruktaż Cute Girls Hair Style


Jak często chodzicie w koczkach? Macie swoje ulubione wersje? Instruktaże? Czekam na Wasze propozycje w komenatrzach :)

wtorek, 16 września 2014

Wasze rady: jak zregenerować włosy po wakacjach nie interesując się pielęgnacją włosów?

Witajcie Kochane!
Przy okazji konkursu z Seboradinem zapytałam Was o 5 sposobów regeneracji włosów po wakacjach. Ciężko zachęcić osobę z zewnątrz do dbania o swoje włosy w sposób diametralnie różny od tego, który zna od lat. Nie sprawdzają się namowy do czytania składów, które dla laika mogą być chińszczyzną, a emolienty i humektanty z niczym się nie kojarzyć.
Tym cenniejsze okazały się odpowiedzi tych z Was, które poza spersonalizowaną formą sięgnęły po najprostsze wyrażenia i metody nie odstraszające większości niewłosomaniaczek.

Dzięki Wam i Waszym trafnym spostrzeżeniom udało mi się zebrać 15 kompletnych i naprawdę dobrych sugestii, co do pielęgnacji włosów po lecie, dla osób, które wcale nie mają ochoty na żmudne czytanie składów i kupowanie dużej ilości nowych kosmetyków. Które z nich są według Was najistotniejsze?



  1. Wzbogać swoją dietę o jeszcze więcej owoców, warzyw i orzechów, aby przygotować organizm od środka na nadchodzącą jesień –  korzystaj z polskich darów natury – śliwek, jabłek i gruszek. Na pewno ciało odwdzięczy się też pięknymi włosami.
  2. Regularnie pij napój z siemienia lnianego.
  3. Unikaj stresu, relaksuj się i wysypiaj.
  4. Codziennie czesz włosy szczotką z naturalnego włosia i rób to delikatnie.
  5. Podetnij zmęczone końcówki, które były narażone na dodatkowe zniszczenia przez palące słońce, chlorowaną lub słoną wodę.
  6. Zadbaj o skórę głowy! Po wakacjach jest pewnie wymęczona i przesuszona. Zrób peeling np. dodając do szamponu cukier.
  7. Zapuść nowe piękne włosy, czyli wcieraj zioła aby przyspieszyć porost i nie żałować podciętych centymetrów – polecamy kozieradkę, skrzyp, pokrzywę, łopian.
  8. Jeśli nie wiesz jakie kosmetyki wybrać na sklepowej półce postaw na te do włosów suchych, będą one zawierały specjalne substancje, które pozwolą na zatrzymanie wody wewnątrz włosów i nawilżą je.
  9. Zafunduj sobie regularne SPA, podczas którego nałożysz na nie to co najlepsze.Nasze propozycje: Wypróbuj ulubioną maskę w połączeniu z naftą kosmetyczną; wypróbuj w codziennej pielęgnacji miód oraz aloes; stosuj płukanki ziołowe dostosowane do potrzeb Twoich włosów.
  10. Jeśli Twoje włosy są bardzo zniszczone postaw na ekspresowe sera, które ułatwią rozczesywanie, nadadzą blasku i zatrzymają wilgoć wewnątrz włosów.
  11. Jeśli Twoje włosy są naprawdę przesuszone kilkukrotnie wypróbuj mycia samą odżywką, które zakończysz płukaniem zimną wodą – ten sposób pozwoli na domknięcie łusek włosa.
  12. Po odpowiednim nawilżeniu spróbuj maseczek zakwaszających, które wyrównają strukturę włosa domykając łuski i zapobiegając uciekaniu wilgoci (możesz wykonać je sama lub nabyć gotowe).
  13. Daj wolne suszarce, prostownicy i lokówce, które zbędnie przesuszają Twoje włosy.
  14. Zrezygnuj z częstego stosowania silnie oczyszczających szamponów takich jak te przeciwłupieżowe.
  15. Zrezygnuj (przynajmniej na jakiś czas) z chemicznego farbowania włosów, które możesz zastąpić henną, a jeśli jesteś blondynką wypróbuj korzenia rzewienia, cytryny lub miodu, pamiętając aby po ziołowej kuracji odpowiednio nawilżyć włosy.

sobota, 13 września 2014

Pachnący konkurs Etja.pl


Cześć dziewczyny!

Tym razem wybór zadania konkursowego był nie lada wyzwaniem, ale mam nadzieję, że nie sprawi Wam większej trudności, a zarazem wykażecie się kreatywnością, którą będą mogły przetestować także inne czytelniczki. 
Tym razem to Wy wybierzecie swoje nagrody podając jeden wyjątkowy przepis na wykorzystanie 
olejków eterycznych, zapachowych oraz pielęgnacyjnych marki Etja. Jeśli jesteście ciekawe – czytajcie dalej!:)



Pamiętacie mój przepis na oleiste perfumy roll-on? Możecie podążać tym tropem, ale również próbować stworzyć kosmetyki pielęgnujące Wasze włosy, skórę głowy, każdą inną część ciała albo umysł!:) Spośród zgłoszeń wybiorę dwa najciekawsze moim zdaniem przepisy, które pojawią się na łamach bloga, a do zwyciężczyń powędrują zestawy olejków potrzebnych do ich wykonania.



R e g u l a m i n
1. Konkurs trwa od 13.09 do 24.09 włącznie
2. Sponsorem nagród jest firma Etja, organizatorem autorka bloga www.blondregeneracja.com
3. W konkursie wyłoniony zostanie dwóch zwycięzców.
4. Wyłonienie zwycięzców nastąpi w terminie do 5 dni od daty zakończenia konkursu.
5. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone na łamach bloga we wpisie konkursowym, a zwycięzcy zostaną poinformowani mailowo
6. W konkursie mogą wziąć udział wszyscy czytelnicy bloga, którzy ukończyli 18 rok życia lub otrzymali pisemną zgodę rodziców
7. Aby wziąć udział w konkursie należy wypełnić formularz zgłoszeniowy i udzielić odpowiedzi na pytanie konkursowe
8. Zgłoszenie jest równoznaczne z akceptacją niniejszego regulaminu oraz wyrażeniem zgody na przetwarzanie swoich danych osobowych w celu realizacji i rozwiązania konkursu.
9. Zgłaszając się wyrażasz zgodę na publikację zaproponowanego przepisu wykorzystującego 
produkty marki Etja.
10. Organizatorzy zastrzegają sobie prawo do wprowadzenia zmian w regulaminie w wyjątkowych sytuacjach.

2014-09-29
Wyniki konkursu

Zgłoszeń nie było dużo, ale pomysły naprawdę na wysokim poziomie!:) Tym razem wygrała prostota wykonania, nagrody w postaci zestawów do wykonania olejowych pomysłów wędrują do:

Przepisy dziewczyn z wykorzystaniem olejków marki Etja pojawią się na blogu już wkrótce!

czwartek, 11 września 2014

Usta pod kontrolą: Aktualni ulubieńcy do pielęgnacji ust.

Cześć dziewczyny!
Witajcie po dłuższej przerwie, która spowodowana jest dość intensywnym tygodniem - obowiązki związane ze zbliżającym się rokiem akademickim, duża ilość pracy, sprawy domowe, a nawet spotkanie Ceromaniaczek przyczyniło się do tego, że nie zdążyłam nic dla Was napisać, ale dzisiaj wracam... Wracam i przedstawiam Wam moich aktualnych ulubieńców wśród balsamów i pomadek pielęgnujących do ust. 

Ostatni wpis dotyczący pielęgnacji ust [link]

Wbrew pozorom dużo w tym temacie się u mnie nie zmieniło, ale z wiadomości i komentarzy wiem, że temat jest dla Was interesujący. Tak jak mówiłam Wam wcześniej peelinguję usta przynajmniej raz w tygodniu, na co dzień wspomagam się balsamami i pomadkami, których w każdej torebce, kosmetyczce i kurtce mam przynajmniej dwie. Okazyjnie stosuję kolorowe pomadki Celia, bo jako jedyne nie wysuszają ust, a ich gama kolorystyczna naprawdę mi odpowiada, no i kosztują niezbyt wiele. 


Zaczynam od tego, co jest ze mną najdłużej - CARMEX. Wysłużone opakowanie, które możecie zobaczyć to zasługa codziennych wycieczek w torbie, ale już czekają dwa nowe, jeszcze zafoliowane opakowania ze spotkania Ceromaniaczek
Z carmexami jest tak, że albo się je lubi, albo nienawidzi, ja jestem zdecydowanie w tej pierwszej grupie, ale wiem, że nie wszystkie z Was przepadają za lekko mrożącym uczuciem jaki po sobie zostawia. I tak jestem skazana na stosowanie go w samotności, bo mój T. nie przepada za natłuszczaniem ust, a już zupełnie nie jest faworytem delikatnie ziębiącej formuły. 
Kiedyś stosowanie carmexów zostawiałam sobie na upalne lato, ale teraz nie ma to dla mnie największej różnicy.

[produkt] ok 10 zł


Jeśli nie lubicie carmexów ze względu na ich mrożące właściwości i lekko miętowo-apteczny posmak z pewnością polubicie się z czekoladowy Vaseline Lip Balm. Poza czekoladowym smakiem jest delikatnie miększy, a już na pewno tańszy od omawianego poprzednika. Dla mnie opcja idealna na zimę ze względu na swój ciepły zapach :) Więcej o nim pisałam już tutaj i nadal jestem mu bardzo wierna. 

[produkt] ok. 6zł, Rossman


Dzisiejszy wpis początkowo miał być recenzją tej pomadki Sylveco, którą kilka z Was mi polecało, a która wpadła mi w ręce dopiero na spotkaniu ceromaniaczek i... absolutna miłość.
Nie spodziewałam się, że peelingująca formuła aż tak przypadnie mi do gustu. Dzięki niej peeling nie jest już cotygodniową koniecznością, ale dość częstą przyjemnością :)) Jeśli jeszcze jej nie próbowałyście - koniecznie spróbujcie! 
Pomadka zdziera efektownie, ale nie jest zbyt ostra jak bywa czasem z kawowymi peelingami DIY, natłuszcza i nawilża usta, doskonale przygotowując pod kolorówkę na specjalne wyjścia. Mniam!

[produkt] ok 10zł

Jestem ciekawa Waszych ulubieńców wśród balsamów i pomadek, bo jak wiecie jestem ich małą maniaczką ;). Dajcie koniecznie znać w komentarzach czy jest coś co powinnam spróbować :)

czwartek, 4 września 2014

Cztery miesiące od radykalnego cięcia (-10cm)

Cześć dziewczyny!

Idąc w kwietniu do fryzjera miałam tylko jedną myśl niech już się skończy to cieniowanie. Niezależnie od tego z jaką długością włosów to będzie związane byłam pewna, że dłużej nie wytrzymam - wywijająca się grzywka i ultra prosty tył doprowadzały mnie do białej gorączki, o ich ułożeniu nie było mowy.
Sprawne oko fryzjerki sprawiło, że zostałam od razu dobitnie uświadomiona. - Nie ma mowy, zrównanie z grzywką to 10 cm, włosy są całkowicie zdrowe, nie ma potrzeby ścinać więcej niż 2 cm. 
No i faktycznie... potrzeby radykalnego cięcia nie było. - Włosy obcinałam w lutym przy okazji zabiegu joico w salonie PJ, a poza efektem brzydko wywijającej się grzywki nie miałam im  nic do zarzucenia. Ale ja jestem bardzo uparta... tniemy.

Dziś zamiast standardowej aktualizacji chciałabym zdać Wam relację z tego jak zachowywały się moje włosy od razu po obcięciu oraz co się w nich zmieniło przez te cztery miesiące. Czy z perspektywy czasu cięcie było opłacalne?


Przez kilka dni po obcięciu włosy były naprawdę proste, jakby ktoś odebrał im kompletną zdolność do skrętu. Widząc, że nawet nocny kok nic nie zmienia nawet nie próbowałam ich dodatkowo stylizować, a okres od maja do lipca wspominam jako czas kiedy nigdy tak często nie spinałam włosów.
Wiecie jak to jest... masz jedno... chcesz drugie... ale tym razem to nie to.  Cieszyłam się, że włosy są proste, chociaż wiedziałam, że ścięcie wszystkich partii na równi przyczyniło się do utraty objętości.
Ogromna miłość do invisi bobble, potrzeba wygody oraz rosnące temperatury sprzyjały ciągłemu związywaniu włosów. Na niekorzyść działała też obrona pracy dyplomowej i kompletny brak czasu. Ani się nie obejrzałam, a w połowie lipca sporo odrosły. Nadal do delikatnego wywijania było im daleko, tu i tu możecie zobaczyć moje usilne próby podbicia dawnych fal, których było zgoła więcej, ale były chyba jeszcze bardziej nieudane. 

Eksperyment z radykalnym cięciem na prosto pozwolił mi zrozumieć, że takowe wcale nie jest jeszcze dla mnie odpowiednie. W przyszłości poleciłabym je przede wszystkim właścicielkom włosów naprawdę grubych, których objętość nie jest zagrożona i/lub dłuższych niż zgięcie w łokciach - taka tafla bardzo długich i prosto obciętych włosów może być naprawdę piękna. Tymczasem wróciłam do cięcia w kształcie mocnego U [tym sposobem], które nadaje włosom troszeczkę więcej lekkości i pozwala im się wywijać na końcach. 

Największym zaskoczeniem sierpnia było dla mnie odkrycie, że włosy w ogóle nie są rozdwojone. Podejrzewam, że wraz z radykalnym cięciem pod nóż poszły wszystkie najbardziej zniszczone sfery moich włosów jeszcze z czasów codziennego katowania suszarką. Dlatego jeśli borykacie się z nadmiernym rozdwajaniem końcówek, a nawet najbogatsza pielęgnacja nie przyczynia się do zmniejszenia tego problemu może się okazać, że jedynym ratunkiem jest pozbycie się najbardziej zniszczonych pasm. Nawet jeśli nie wyglądają one na bardzo zniszczone (tak jak było to u mnie) rdzeń włosa może być znacząco osłabiony przez co szybko się kruszy, odpada, a włos się rozdwaja. 

Jak widzicie... przez ostatnie cztery miesiące włosy odrosły już dosyć sporo, czym jestem mile zaskoczona. Nie stosowałam w tym czasie żadnych wewnętrznych przyspieszaczy porostu ani wcierek. Poza tonizowaniem ziołami przed olejowaniem włosów na całą noc oraz kilkoma próbami przedłużenia świeżości kozieradką na skalpie wylądował kilkukrotnie olejek IHT. 

Postanowiłam: wracam do walki o centymetry [O efektach siedmiomiesięcznego zapuszczania], chciałabym aby za rok włosy sięgały wcięcia w talii do czego brakuje im całych 12 cm i będzie to ich finalna długość.

Podzielcie się koniecznie czym przyspieszacie porost i co jest dla Was najbardziej efektowne. 
Bo wydaje się, że będę potrzebowała siiilnych wspomagaczy ;)

poniedziałek, 1 września 2014

Dieta: Zostań wege na 30 dni

Witajcie Kochane!

Być może niektóre z Was się z już zorientowały - statusy na Instagramie - ostatnio podjęłam wyzwanie i zmieniłam swoją dietę na tą typowo wegańską. Jeśli chcecie wiedzieć co jem przez ostatnie tygodnie, jakie produkty i dania skradły moje serce na tyle, że zostaną ze mną na dłużej nawet po skończeniu wege wyzwania oraz jakie były moje determinanty rozpoczęcia to zapraszam do dalszej części wpisu.


Zacznę może od tego, że (wbrew wszelkim ideałom i co pewnie część z Was chciałaby usłyszeć) wcale nie zdecydowałam się zostać weganką w imię chwały wszystkich zwierząt. W tym momencie zapada gromka cisza, a ja mogę pakować siebie i swój internetowy dorobek? Tak czy siak musicie wiedzieć, że jedzenie mięsa traktuję tak jak wielu ludzi na świecie i nie zamierzam z niego rezygnować na całe życie. W pełni rozumiem determinanty zachowań wszelkich obrońców praw zwierząt, weganów, wegetarianów, co więcej cieszę się, że takie stowarzyszenia i idee powstają. Sama całkowicie nie potrafię pojąć postawy typowo konsumpcyjnej i zjawiska wyrzucania jedzenia (dlaczego ludzie kupują więcej niż są w stanie przejeść?) i to o to dbam przede wszystkim mając nadzieję, że swoim jednostkowym postępowaniem coś zmieniam. 

Z pozbyciem się z jadłospisu nabiału i wszystkich produktów zwierzęcych wiążę przede wszystkim nadzieję na oczyszczenie organizmu oraz poprawę stanu skóry - tu mogłabym przytoczyć jeden z gorętszych wpisów na blogu dotyczących spożywania mleka. Liczę także, że dieta wegańska zaspokoi nieco moją kulinarną ciekawość i pomoże w oderwaniu się od codzienności w kuchni, a dzięki niej poznam nowe smaki, produkty i dania, które będą ciekawą i zdrową alternatywą dla kolejnej porcji kurczaka z ryżem. 


- Co Ty właściwie jesz? Trawę?
- Wszystko jem; i nie myśl, że weganizm to tylko zielone
- No ale co poza tym? Gdybyś wybrała sobie chociaż wegetarianizm, ale w e g e?

Dni z dietą wegańską nauczyły mnie (i moich najbliższych), że wege to nie tylko warzywa z warzywami w sosie warzywnym. To przede wszystkim bogata dieta oparta na pięciu filarach (zboża, owoce, warzywa, rośliny strączkowe, orzechy) oraz suplementacji witaminą B12. U mnie jadłospis wegański musiał zostać dodatkowo zmodyfikowany ponieważ na co dzień staram się unikać wypieków pszenicznych. 

Goście w domu, a kotlety z groszku nie chcą się lepić
Wegański miesiąc zaczął się naprawdę źle, bo był jednym wielkim eksperymentem. Chociaż o dziwo w ogóle nie brakowało mi mięsa to zdarzało mi się grzeszyć. 

Dwukrotnie nie potrafiłam zastąpić niczym jajek, na przykład właśnie w przypadku owych groszkowych kotletów, o których może kiedyś Wam opowiem, kawa z mlekiem sojowym to coś na co już w pierwszym tygodniu nie mogłam patrzeć, a pistacjowy Müller mówi wpij mnie.

Pomimo wege diety już 2 razy jadłam pełnowartościowy mięsny obiad. To wszystko ze względu na związaną z odrzuceniem mięsa potrzebę suplementacji witaminą B12, której ja nie chciałam wprowadzać.

Tylko dla bogatych
Faktycznie jeszcze przed podjęciem kulinarnego wyzwania wydawało mi się to być naprawdę sporym problemem, no bo co zrobić jeśli paczka migdałów kosztuje u nas tyle co dwa bochenki chleba, a za 100 gram nerkowców można urządzić 4 kolacje? 

Jeśli pragniecie diety wegańskiej i decydujecie się iść na łatwiznę to faktycznie taka zmiana może słono kosztować. Jeżeli jednak nie chcecie zbytnio nadwerężać domowego budżetu i znacznie ułatwić sobie funkcjonowanie w świecie wege powinniście, tak jak ja, skupić się na produktach łatwo dostępnych, i normalnych - darujcie sobie codzienny hummus, nasiona goji oraz wegańskie sery. 

Myślę sobie, że takie podejście naprawdę ma swoje plusy, bo idąc na łatwiznę zmniejszacie możliwość wprowadzenia pozytywnych zasad diety wegańskiej w życie w przyszłości - głównie ze względu na negatywne oddziaływanie na zasobność portfela, które trudno zaakceptować na dłużej niż miesiąc. 

U mnie jedynym dodatkowym wydatkiem były jak na razie wspomniane wcześniej orzechy, bo wplatam je w prawie każde śniadanie i sałatki; ale starałam się wybierać te na wagę (paczkowane wychodzą jednak dużo drożej) i zawsze powtarzałam sobie czego nie wydasz na jedzenie to stracisz w aptece.


Moim głównym sposobem na dietę wege, który spokojnie możecie wykorzystać u siebie, jest przygotowywanie zwykłych posiłków ze składników wegańskich i tak:
  • Mleko: Na początku byłam w ciężkim szoku gdy zobaczyłam, że napój sojowy kosztuje 5zł, trzeba było wymyślić coś innego i tak moją lodówkę zasila samo robione mleko roślinne, które jest dość łatwe w zrobieniu (chociaż czasochłonne), może odstać swoje w lodówce, a orzechy i pestki potrzebne do jego zrobienia można powtórnie użyć na przykład w roli serka do placków przez co wcale nie wychodzi tak drogo. [Jak zrobić mleko roślinne?] 
  • Jajka: banan - rozwiązanie ma swoje plusy i minusy, bo banan faktycznie się sprawdza, ale potem już wszystko pachnie i smakuje bananem; awokado - tak jak banan; mąka kukurydzianaolej winogronowy - taka niby zasmażka dodana np. do placków może przyczynić się do sklejenia ciasta
  • Mąka pszenna i bułka tarta: mielone płatki owsiane, jaglane, każde inne - najlepsza rzecz jaką wynoszę z wyzwania wegańskiego to przygotowywanie tygodniowego zapasu mąki z płatków, bo może nie wiecie ale mąki inne niż pszenna mogą być naprawdę drogie albo trudno dostępne.
  • Mięso: warzywa strączkowe - mnie one w 100% wystarczają, bardzo polubiłam soczewicę (w różnych odmianach), groch, cieciorkę i fasolę
  • Niezdrowe przekąski: Popcorn wcale nie jest zabroniony, odkryłam także chrupki z ciecierzycy
  • Smarowanie: Nie smaruję kanapek masłem od kilku dobrych lat, ale jeśli nie chcę jeść cały czas kromek z pomidorem musiałam coś wymyślić. W tej roli sprawdza się pasta z awokado, co tydzień przygotowywany i słoikowany ajwar, który w pełni zastępuje mi paprykarz (bo ja bardzo lubię paprykarz), a nadawaje się też do spaghetti, albo pasta z pietruszki, czy samo robione masło z orzechów arachidowych 
Taki zestaw normalności bardzo mi się przydaje i zawsze jest obecny w kuchni. Aby zmniejszyć czasochłonność przygotowywanych produktów staram się wszystko przygotowywać w niedziele na zapas i pakować do lodówki w niewielkich słoiczkach albo buteleczkach, a sosy z jednego obiadu wplatać w inny posiłek. Dzięki temu przekonałam się już, że wbrew pozorom przygotowywanie wege posiłków wcale nie musi być dłuższe niż normalny obiad, musimy tylko wcześniej zaczynać myśleć. - Na przykład ciecierzycę trzeba moczyć minimum osiem godzin przed ugotowaniem, mleko roślinne albo jogurt owsiany również wymaga swojego odstania i czasu, ajwaru w sklepie nie kupimy, a z pastą z awokado jest niemało roboty. 


O sposobach na ułatwienie sobie przejścia na zdrową (nie tylko wegańską) dietę mogłabym Wam napisać jeszcze wiele*, ale nie chcąc wydłużać i tak sporego wpisu skupię się na nowo poznanych miejscach w sieci, od których zaczęłam budować moją wegańską dietę.

Do rozpoczęcia kulinarnego wyzwania zachęcił mnie przede wszystkim wszystko ułatwiający program zbieżny z tytułem dzisiejszego wpisu Zostań wege na 30 dni. Polega on na tym, że każdego dnia dostajemy na własną skrzynkę - i to zupełnie za darmo - jednego maila obejmującego bardzo ciekawe (i mało wymyślne!) przepisy albo całe dzienne jadłospisy oraz trochę wege-faktów. 
Sama nie wzoruję się na przepisach i gotowych menu w stu procentach, ale z chęcią notuję co bardziej interesujące dania i inspiracje. Tym samym tworzę na tej podstawie mój wege przepiśnik

Na podstawie www.zostanwege.pl skomponowałam pierwszą listę wegańskich zakupów - takich, które nie zrujnują od razu portfela, bo autorzy strony kładą szczególny nacisk na dostępność produktów (cenową i fizyczną) [Broszura wege koszyk]

*Jeśli ten temat Was interesuje z chęcią rozwinę go w kolejnych wpisach. 

Bogatym źródłem informacji i inspiracji stały się oczywiście także wege blogi, a jednym z największych faworytów jest www.weganie.blogspot.com. Zachęcające zdjęcia sprawiają, że aż chce się iść do kuchni aby coś wyczarować, a autorka bloga proponuje wiele naprawdę normalnych dań, które można wykorzystać nawet nie będąc na diecie wegańskiej, a o których mimochodem wspomniałam Wam wcześniej. [Spis wege blogów]

Wpis znacząco się wydłużył, a ja jeszcze nie napisałam Wam o dotychczasowych efektach. 
Dziś mija piętnasty dzień mojego wege wyzwania, a ja czuję się naprawdę lżej i po prostu lepiej. Chociaż  na razie wege dieta nie działa na mnie tak samo jak miesięczne wyzwanie bezglutenowe to można uznać ją za lżejszy (łatwiejszy, prostszy) do wprowadzenia sposób oczyszczenia organizmu i doskonały detoks. 

Poza samopoczuciem w ciągu tych piętnastu dni poprawiła się przede wszystkim cera, która w znaczący sposób się uspokoiła, a paznokcie mniej się łamią. O wpływie wege diety na włosy będę pewnie mogła Wam opowiedzieć już po skończeniu wege wyzwania, na razie nie zaobserwowałam negatywnych skutków rezygnacji z mięsa.

Jest jeszcze wiele rzeczy, które chciałabym Wam opisać jednak obawiam się, że zbliżyłam się do niewybaczalnej granicy czterech stron. Dajcie koniecznie znać czy nawet nie przechodząc na dietę wegańską temat Was interesuje i czy chciałybyście przeczytać więcej o metodach użyciowienia weganizmu. 

Co myślicie o wege wyzwaniu? Byłybyście w stanie się podjąć? Myślicie, że weganizm może być "zdjadliwy"?

niedziela, 31 sierpnia 2014

Kolejna alternatywa dla Invisi Bobble - Inter-Vion

Cześć dziewczyny!
Pamiętacie kwietniowe porównanie gumek Invisi Bobble z ich alternatywą dostępną w h&m? Dziś kolej na kolorowy odpowiednik Inter-Vion.



Tak jak już Wam wcześniej mówiłam moja przygoda ze sprężynkowatymi gumkami zaczęła się od taniej alternatywy  H&M, którą widzicie po lewej stronie. 
Gumki kosztowały chyba coś około 6 zł (za 6 kolorowych gumek). Ich zwinięcie było cienkie i dawało mało sprężysty efekt, ale na początek były jak z znalazł. Dzięki nim przekonałam się, że idea sprawdza się na moich włosach i niedługo później zakupiłam swój oryginał. Początkowo postawiłam na neutralny i odpowiedni na każą okazję brąz, przypominający wręcz czarny. Ze względu na wczesną dostępność gumek stacjonarnie w Katowicach w sklepie Estyl (były tam długo przed zawitaniem do Hebe) udało mi się wyposażyć jeszcze w przezroczystą i różową wersję IB. Wszystkie kolory spisują się doskonale i nie widać po między nimi różnicy w zależności od zabarwienia, takiej jaka była widoczna przy gumkach H&M.



Gumek używam codziennie i musicie wiedzieć, że od momentu zmiany zwykłych na system sprężynek nie używam już żadnych innych, poza grubymi frotkami do koka, a i to nie zdarza się zbyt często.

Kolejną alternatywę IB wypróbowałam dzięki niezobowiązującej przesyłce od Inter-Vion. Ich produkty są popularne i znajdziecie je pewnie w wielu drogeriach i sklepach. Na razie gumki nie są jeszcze dostępne w esklepie, ale bardzo chciałam Wam o nich wspomnieć gdybyście miały okazję spotkać się z nimi w przyszłości.



Gumki Inter-Vion różnią się od swoich poprzedników przede wszystkim oplotem z materiału. Takie rozwiązanie sprawia, że mniej ześlizgują się z włosów i sprawdzą się u tych z Was, które narzekają na zsuwanie się popularnego odpowiednika. 
Oplot z materiału i powstrzymywanie zsuwania sprawia rzecz jasna, że gumki także nieco łatwiej mogą wplątywać się we włosy, dlatego trzeba bardziej uważać.
Różnicą może być także fakt, że zamiast plastikowej w tym wypadku wewnątrz znajdziemy prawdziwą, metalową sprężynkę, która ściska nieco mocniej niż oryginał. Niestety na dłuższą metę przy moich delikatnych włosach rozwiązanie się nie do końca się sprawdza, co nie oznacza, że sam pomysł jest zły. Gumki lepiej nadają się do przytrzymywania koków, a także z natury grubszych i bardzo gęstych włosów, dlatego jeśli IB jest dla Was zbyt delikatne śmiało możecie wypróbować takie rozwiązanie. 
Bardzo pozytywnie odczułam fakt, że gumki Inter Vion nie rozciągają się tak jak ich gumowo-plastikowe odpowiedniki, chociaż oczywiście nadal korzystam ze sposobu zamaczania oryginału w ciepłej wodzie.

Podsumowując gumki różnią się przede wszystkim siłą z jaką upinają włosy - najsłabsze są te z H&M, najsilniej zwiążecie włosy Inter Vion. Dlatego jeśli Wasze włosy są naprawdę grube i ciężkie bez wahania wybrałabym te ostatnie. Sama najchętniej sięgam nadal po oryginał, który sprawia, że włosy w ogóle nie są odkształcone, co więcej delikatnie sunie po nich przy zdejmowaniu, a zarazem doskonale trzyma. Sprężynkowy system całkowicie mnie urzekł, bo dzięki niemu wreszcie przestałam martwić się o nadwyrężenie cebulek, które dawało się we znaki w postaci nieprzyjemnego ciągnięcia i bólu skalpu.

Linki:

środa, 27 sierpnia 2014

Na co dzień: Olejowe perfumy roll-on - zrób to sama

Cześć dziewczyny!

Dziś przychodzę do Was z czymś odbiegającym od włosowego tematu, czymś co dopasować możecie w stu procentach do własnych upodobań, a ja proponuję tylko rozwiązanie - i są to olejowe perfumy w poręcznym roll-onie do zrobienia samemu :)

Dlaczego roll on?
Przede wszystkim dlatego, że buteleczki tego typu są malutkie i dyskretne. W przypadku, tak jak u mnie, częstego przewożenia kosmetyczki każdy kolejny nadbagaż daje się poczuć (głównie na przedramieniu). Małe buteleczki ze sprayem prędzej czy później się zatną, bo albo nie są przystosowane do olejowej formuły, albo ich mechanizmy są marnej jakości. 

Własne olejowe perfumy mają jeszcze kilka innych zalet:
Ich zapach i intensywność możemy dopasować do własnych potrzeb, co w moim przypadku szczególnie przeważa nad perfumami kupnymi. Dzięki tej możliwości zapachy na moim ciele są bardziej spójne, ponieważ do kąpieli dodaję tych samych nut zapachowych.
Olejki eteryczne poza zapachem niosą ze sobą znamiona aromaterapii, więc ich użycie do samo-robionych perfum możemy opierać nie tylko na zapachu, ale także na potrzebie orzeźwienia czy pobudzenia, albo uspokojenia i relaksu.
Są dużo tańsze od gotowych perfum, no i są w pełni naturalne - dzięki stworzeniu ich na bazie olejów i olejków eterycznych. 


Spośród wszystkich olejków eterycznych ja wybrałam dwa pozwalające na uzyskanie świeżego, cytrusowego zapachu, który nieco ociepliłam jednym olejkiem zapachowym.

Olejek bergamotowynuta cytrusowa w olejku bergamotowym przywołuje pozytywne uczucia i łagodzi napięcia nerwowe, stresy; dość długo utrzymuje się na ciele [12 kropli]
Olejek grejpfrutowy - podtrzymuje cytrusową nutę bergamotki; ma działanie rozluźniające, łagodzi objawy zmęczenia [6 kropli]
Zapachowy olejek wanilii - ogrzewa i osładza zapach [6 kropli]; długo utrzymuje się na skórze

W produkcji własnych olejowych perfum dobrze kierować jest się zasadą minimalizmu, która może maksymalnie rozszerzyć się do trzech zapachów, z których jeden wybierzemy jako ten wiodący (u mnie bergamotka). 
Wybór drugiego olejku eterycznego możecie sobie ułatwić poprzez dopasowanie do nuty tego pierwszego (u mnie cytrusowa), jeśli nie chcecie aby rozbolała Was głowa :)

Olejki zapachowe służą natomiast do zwrócenia zapachu w którąś ze stron i utrzymania go na skórze. Jeśli ufacie mojemu zmysłowi zapachu, w wyborze olejku zapachowego możecie podążać za takimi wskazówkami:
  • Strona cytrusowa: Zielona cytryna, Zielone Jabłuszko,
  • Strona słodka: Słodka pomarańcza, Wanilia
  • Strona wiosenna: Konwalia, Magnolia, Wiosna
  • Strona cięższa: Piżmo, Opium


Perfumy w roll-onie nie mogą obejść się bez olejku bazowego. Z racji tego, że ja użyłam aż trzech zapachów postawiłam na bezzapachowy i bezbarwny olej ze słodkich migdałów. Jeśli Wasze perfumy będą jedno lub dwu zapachowe możecie pokusić się o wybranie jakiejś pachnącej bazy, na przykład olejku kokosowego czy masła shea (chociaż akurat w ich wypadku, ze względu na stałą konsystencję, konieczne będzie rozgrzewanie opakowania przed użyciem w dłoniach)


Moje opakowanie roll-on jest najzwyklejszym modelem jaki możecie znaleźć z plastikową kuleczką i jest to opakowanie po błyszczyku Wibo (ok 6zł w Rossman). Dostaniecie go w różnej wersji kolorystycznej kwiatka wewnątrz (poza żółtym jest jeszcze chyba różowy, czerwony, fioletowy i niebieski), który może stanowić element ozdobny Waszych perfum ;) Same opakowania roll-on w swojej ofercie ma też zróbsobiekrem.pl, jednak są to opakowania nieprzezroczyste, kuleczki metalowe, a ich koszt to 3zł. 

Samo stworzenie olejowych perfum jest banalnie proste.
Wyjmujemy kuleczkę z opakowania, wypełniamy je mniej więcej w 3/4 wybranym olejkiem bazowym i wybranymi olejkami eterycznymi oraz olejkiem zapachowym, u mnie: 12 - 6 - 6 kropli. Całość wstrząsamy, bąbelki powietrza (zdjęcie pierwsze) znikają oczywiście po chwili. 
Pozostaje stosować je w rozgrzanych miejscach, na nadgarstku, czy lekko musnąć za uchem i cieszyć się powstałym zapachem. 

Jestem ciekawa co myślicie o takich samo-robionych perfumach i czy cała inwencja do Was przemawia. A może same już tworzycie takie cuda i powiecie coś o swoich sprawdzonych przepisach ? :) 



Nie zgadzam się na kopiowanie tekstów i zdjęć mojego autorstwa bez mojej zgody lub podania źródła.
Treści publikowane na moim blogu podlegają ochronie przez prawo autorskie. Przeglądając tą stronę akceptujesz korzystanie z plików cookie.